Skip to main content
Austriackie ośrodki

SkiWelt w skrócie – alpejska karuzela z twierdzą i wiedźmami w tle.

Kiedy pierwszy raz przyjechałem do SkiWelt, miał to być „tylko” kolejny duży ośrodek w Tyrolu. Wiecie: dużo kilometrów tras, nowoczesne wyciągi, standard. Skończyło się na tym, że wracałem z poczuciem, że to jest miejsce, do którego chce się wracać – i to nie tylko dla samej jazdy, ale też dla tej całej otoczki: wiedźmy, igloo, Kufstein, gin w skale, wino pod twierdzą, ogromne organy, wido na Inn… Spróbuję to poukładać po kolei.

Piotr Burda
SkiWelt w skrócie – alpejska karuzela z twierdzą i wiedźmami w tle.
SkiWelt w skrócie – alpejska karuzela z twierdzą i wiedźmami w tle.

Pierwsze wrażenie: wielka karuzela na 275 km

SkiWelt Wilder Kaiser – Brixental robi wrażenie już na papierze: około 275 km tras, 81 wyciągów, kilkadziesiąt schronisk poukrywanych po stokach. W praktyce oznacza to jedno: możesz całymi dniami jeździć „z doliny do doliny” i naprawdę rzadko powtarzać te same zjazdy. Startowałem głównie z Söll i Brixen im Thale – świetne punkty wypadowe, żeby raz pojechać w stronę Hohe Salve, innym razem odbić na Ellmau, Scheffau czy Westendorf.

Trasy są ułożone tak, że dobrze bawi się tu cała mieszanka: rodziny, początkujący, średniozaawansowani i ci, którym bliżej do „łykania wysokości” niż spokojnego szurania. Jest masa niebieskich, dużo solidnych czerwonych, a tam, gdzie trzeba – mocniejsze odcinki, na których uda się porządnie rozgrzać uda. Do tego największy w Austrii teren nocnej jazdy w Söll – widok oświetlonych tras wieczorem naprawdę robi robotę.

Od podszewki: kto za tym stoi

Od strony „organizacyjnej” SkiWelt to nie jeden moloch, tylko układ kilku miejscowości i spółek kolei linowych, które dogadały się co do wspólnego skipassu i marki. Brixen, Ellmau, Going, Hopfgarten, Itter, Scheffau, Söll, Westendorf – każda miejscowość ma trochę własny charakter, ale na mapie tworzą jedną, dużą układankę.

Fajna rzecz: część tych miejscowości ma stacje kolejowe, a z Kufstein kursują skibusy do Söll. To otwiera ciekawą opcję: możesz mieszkać w „prawdziwym” mieście z twierdzą, kawiarniami i winem, a na narty dojeżdżać kilkanaście–kilkadziesiąt minut.

Ciąg dalszy pod zdjęciami i reklamą

Schroniska, które zostają w pamięci: Stöcklalm, Hohe Salve i spółka

Moim ulubionym „sportem” w SkiWelt, oprócz samej jazdy, było szukanie klimatycznych hut. Jest ich tutaj około 80 i to naprawdę czuć: co chwila widać jakiś taras, jakąś małą chatę z kominem, gdzie pachnie zupą czosnkową i Kaiserschmarrn.

Kilka miejsc szczególnie mi się wryło w pamięć:

  • Gipfelalm na Hohe Salve – restauracja na samym szczycie, z obrotowym tarasem i widokiem 360°. To jest dokładnie ten moment, kiedy siedzisz z kawą albo piwem, a panorama robi za screensaver życia. Obok mały kościółek – najwyżej położony kościół pielgrzymkowy w Austrii.

  • Filzalm w rejonie Brixen – stara, mała chata, taka „prawdziwa Alm”, gdzie w środku jest dosłownie kilka stolików. Idealne miejsce, jeśli lubisz klimat bardziej surowy niż instagramowy.

  • Aualm nad Scheffau – klasyczna, solidna kuchnia, świetny taras.

Ale mój numer jeden w Söll to Stöcklalm (często zapisywana jako „Stockalm”). Leży kawałek nad Söll, w rejonie Hexenwasser/Hochsöll. To jest takie miejsce, gdzie naturalnie lądujesz z dzieciakami: wyciągi, atrakcje, świat wiedźm tuż obok, a ty siedzisz na tarasie, patrzysz na cały ten „czarodziejski bałagan” i popijasz coś ciepłego (albo zimnego).

Na dole z kolei króluje Moonlightbar. Jak kończysz dzień na trasach w Söll, to właściwie przechodzisz obok niego siłą rzeczy – stoi przy samej dolnej stacji gondoli. Standard: DJ, muzyka, ludzie w butach narciarskich tańczący jeszcze w kaskach, czasem koncert na żywo. Jeżeli lubisz klasyczne tyrolskie après‑ski, to tutaj poczujesz się jak u siebie.

Świat wiedźm: Hexen, Hexenwiese i Heksenkinderland

Jeśli jedziesz do SkiWelt z dziećmi, Söll jest złotym strzałem. Cały koncept Hexen – wiedźm – to coś, o czym dzieci będą opowiadać po powrocie.

Na samym dole masz Hexenwiese – łagodną łączkę przy dolnej stacji, z taśmą, figurami, kolorowymi bramkami. To miejsce, gdzie maluchy robią swoje pierwsze ślizgi na nartach bez stresu, w formie zabawy. Dla rodziców bonus: to jest darmowe, a dzieciaki bawią się tam świetnie.

Trochę wyżej, przy Hochsöll, działa Heksenkinderland – wydzielony teren szkółki narciarskiej z własnymi wyciągami, ogrodkiem narciarskim, tunelami, figurami. Instruktorzy przebrani za wiedźmy, dużo zabawy, mało suchego „teraz robimy skręt równoległy”. Dzieci wracają z kursów z uśmiechem i opowieściami o czarach, a nie z przekonaniem, że narciarstwo to jakaś wojskowa musztra.

Latem ten świat rozkwita w pełni jako Hexenwasser Söll – Hohe Salve. Ja akurat trafiłem zimą, ale już po krótkim spacerze i spojrzeniu na tablice widać, że latem to jest raj: ścieżka boso po wodzie i kamieniach, stacje edukacyjne o ziołach, pszczołach, zwyczajach, Simonalm z mikro‑światami w starych izbach, warsztaty z wiedźmami, podczas których dzieci mieszają swoje „mikstury” i robią takie "cosie" które później z dumą zabierają do domu.

Zimą też można trafić na specjały typu Early Hex – poranny przejazd po pustych trasach z „wiedźmą–przewodniczką”. Idealne dla rodzin, które lubią spokój i chcą poczuć, jak to jest mieć prawie cały ośrodek tylko dla siebie.

Poza nartami: sankii zimowe spacery

Do tego dochodzą zimowe szlaki piesze (naprawdę przyzwoicie przygotowane), trasy saneczkowe, kuligi, loty paralotnią z Hohe Salve. Dobrze, że jest taka możliwość „wyjścia z butów narciarskich”, szczególnie przy dłuższych pobytach.

Miasto w tle: Kufstein jako baza i przystanek

Zamiast zamykać się tylko w typowej „narciarskiej wiosce”, postawiłem też na Kufstein – miasto nad Innem, około 20 km od Söll. Ma świetne połączenie kolejowe, a stamtąd skibus zabiera cię w stronę SkiWelt. To fajna opcja, jeśli lubisz połączyć narty z miejską atmosferą.

Stare miasto jest małe, ale niezwykle klimatyczne: wąska Römerhofgasse, brukowane uliczki, kamienice z gankami, kawiarnie, restauracje, winiarnie. Nad wszystkim góruje twierdza na skale – nie ma szans, żebyś ją przegapił, bo to symbol miasta. Wieczorem, kiedy jest podświetlona, naprawdę robi wrażenie.

Twierdza Kufstein i codzienny koncert organowy

Twierdzę Festung Kufstein warto odwiedzić choć raz – nawet jeśli nie jesteś fanem muzeów. Po pierwsze: widok z góry na miasto i dolinę Innu jest wart każdej minuty podejścia. Po drugie: to żyjące miejsce – odbywają się tu koncerty, festiwale, spektakle.

Ale absolutnym „must” jest Heldenorgel – największe wolnostojące organy na świeżym powietrzu na świecie. Codziennie w południe grają tu kilkanaście–dwadzieścia minut. Jeżeli akurat jesteś gdzieś w pobliżu, siadasz na ławce na starym mieście, zamawiasz kawę… i nagle całe miasto „wypełnia się” dźwiękiem organów. Taki codzienny rytuał Kufstein. Latem zdarza się, że organy grają też wieczorem – wtedy klimat jest jeszcze mocniejszy.

Auracher Löchl – oberża, która „przetrwała wszystko”… aż do covidu

Najbardziej niesamowitym miejscem w starej części Kufstein jest dla mnie Auracher Löchl. To oberża, która chwali się ponad 600‑letnią tradycją i tym, że była otwarta 365 dni w roku przez całe wieki – dopiero pandemia przerwała tę ciągłość. Już sam ten fakt brzmi jak materiał na legendę.

Lokal mieści się w wąskiej uliczce Römerhofgasse, tuż nad rzeką, pod samą twierdzą. W środku – drewniane stropy, małe sale, zakamarki, wszystko pachnie historią i kuchnią. W karcie znajdziesz klasyki: steaki z grilla lawowego, Tafelspitz, sznycle, dziczyznę. Obok działa butikowy hotel Träumerei 8 z pokojami stylizowanymi na różne kraje świata – można mieć wrażenie, że wchodzisz w mały, kulinarny mikrokosmos.

Gin w skale: Stollen 1930

A teraz coś dla miłośników mocniejszych wrażeń. Gdy zejdziesz dosłownie kilka kroków w dół, znajdziesz wejście do Stollen 1930 – baru w wykutym w skale tunelu pod Auracher Löchl. Mrok, kamienne ściany, przytłumione światło, design jak z czasów prohibicji. I półki… a raczej ściany pełne butelek ginu.

Stollen 1930 trafił do Księgi Rekordów Guinnessa jako bar z największym wyborem ginów na świecie. Mówimy tu o ponad tysiącu etykiet z całego globu. Kelnerzy naprawdę wiedzą, co polecają – można im po prostu powiedzieć, co się lubi (bardziej cytrusowo, bardziej ziołowo, klasycznie), a oni dobiorą butelkę, tonik i dodatki. Tylko uwaga: to miejsce wciąga. Bardzo łatwo „na chwilę” zamienić się w „zostaliśmy do zamknięcia”.

Kieliszek wina z widokiem na twierdzę: Mazerat Wein.Wirt

Drugim adresem, który odkryłem w Kufstein i z czystym sumieniem polecam, jest Mazerat Wein.Wirt. To kameralna wine‑bar/weinwirt przy Unterer Stadtplatz – kilka kroków od starówki i podejścia do twierdzy. W środku czuć, że to lokal tworzony przez ludzi z zajawką, a nie korpo‑koncept.

Mazerat prowadzi para gospodarzy, z czego Pani odpowiedzialna jest za menu i atmosferę, a on jest Weinakademikerem – przekłada się to na kartę win, przy której łatwo stracić głowę (i czas). Dużo butelek z Austrii, szczególnie z Burgenlandu i okolic, ale też etykiety z innych części Europy. Do tego krótka karta małych dań i przekąsek, stworzonych z myślą o tym, żeby dobrze się z winem łączyły, a nie tylko „żeby coś było do zjedzenia”. Idealne miejsce na spokojny wieczór po intensywnym dniu na stoku albo po koncercie na twierdzy.

Po wcześniejszym zamówieniu Pani moze przygotować pełen niespodzianek posiłek.

Spokojne schronienie nad Söll: Hotel AlpenSchlössl

Jeżeli wolisz mieć bazę bliżej stoków niż w mieście, bardzo ciepło wspominam Hotel AlpenSchlössl w Söll. To 4‑gwiazdkowy hotel położony nie w centrum miejscowości, ale trochę wyżej, na łagodnym wzgórzu, z widokiem na Wilder Kaiser. Wokół – łąki, drzewa, cisza. Idealne miejsce, jeśli po całym dniu na nartach chcesz słuchać raczej wiatru niż ruchu samochodów.

Hotel ma wszystkie typowe „narciarskie” plusy: basen, sauny, strefę wellness, ogród, w którym można odetchnąć w słoneczny dzień, oraz tzw. „¾ wyżywienie” – bogate śniadanie, popołudniowe przekąski i kolację, która spokojnie może robić za kulminację dnia. Dla mnie to był fajny kontrast do gwaru na stokach i w miejscowych barach: tu naprawdę można było się „zresetować”.

Po co tam jechać (i jak to sensownie połączyć)

Gdybym miał w jednym zdaniu powiedzieć, za co lubię SkiWelt i okolice Kufstein, powiedziałbym tak: za to, że można tam połączyć naprawdę porządną jazdę na nartach z historią, kulturą i kuchnią, a nie siedzieć cały tydzień w jednym, sztucznie zbudowanym „resorcie”.

Możesz mieszkać w AlpenSchlössl i codziennie ruszać na stoki Söll, pozwalając dzieciom zanurzyć się w świecie wiedźm, schodzić na kolację do Stöcklalm czy zakończyć dzień w Moonlightbarze. A potem przenieść się na dwa–trzy dni do Kufstein: odwiedzić twierdzę, posłuchać Heldenorgel, zjeść kolację w Auracher Löchl, zajrzeć do Stollen 1930 na gin, a wieczór zamknąć kieliszkiem wina w Mazerat.

Jeśli szukasz miejsca, które daje coś więcej niż tylko „x kilometrów tras” – SkiWelt + Kufstein to kombinacja, którą naprawdę warto mieć wysoko na liście.


  • - Redaktor naczelny Piotr Burda

Zobacz również