Skip to main content

Włochy - Safari w Dolomitach

Autor: |
dolomity
dolomity

Narciarskie Ski Safari, czyli jak nie złapać zajšca na stoku. Pani Władysława Jura dzieli się swoimi wrażeniami z tygodniowej wyprawy w Dolomity. Codziennie nowe trasy, nowe wrażenia.

 

Gdy dowiedziałam się, że jadę w wysokie Dolomity do Włoch byłam w rozterce. Kiedyś słyszałam o Marmoladzie i na szczęście nie kojarzyła mi się tylko z dżemem. Natomiast nie miałam żadnego pojęcia o miejscowościach i trasach narciarskich znajdujących się pod lodowcem. Wyszykowałam narty, zakupiłam kombinezon i ruszyłam w góry. Podróż autokarem była zupełnie przyjemna, w towarzystwie narciarzy trudno się nudzić. W sobotę dojechaliśmy do Falcade, małej urokliwej miejscowości. Nabyłam ski pass i z niecierpliwością oczekiwałam niedzieli.

Na drugi dzień wyruszyliśmy na 140 km tras Tre Valli. Czekało na mnie 27 wyciągów i najpiękniejsza przełęcz w Dolomitach - Passo San Pellegrino. Val di Fassa to bardzo przyjemna nazwa dla każdego narciarza.
Jest niedziela, wyciągami dostaję się na Col Margherita i już jestem wyżej od Kasprowego Wierchu. Patrzę w dół i oczom nie wierzę. Gładka, srebrzysta, prawie prosta, czarna trasa. Na wszelki wypadek, wsiadam do kolejki, zamykam oczy i już jestem na Passo San Pellegrino. Mój mąż wraz z innymi straceńcami ściga się z wagonikiem. Wygrywają nasi. Na przełęczy podziwiam koronę Dolomitów, majestatyczną Marmoladę - przyjazną dla narciarzy, groźną dla ludzi bez wyobraźni. Szusuję na południowym stoku Cima Uomo i już nie robi na mnie wrażenia wysokość 2800 m. Na San Pellegrino trasy dla wszystkich, nawet dla mojego kolegi, który mógłby być "Tombą", ale mu nie zależy. Super narciarze szaleją na Col Marghericie, a ja spokojnie, bo trzeba wrócić na nartach do domu. W poniedziałek chcemy dojechać, oczywiście na nartach, na Alpe Lusia - 2242 m i 40 km tras - i zobaczyć trasę Alberto Tomby. Jestem na Le Cune. Podziwiam piękno groźnych gór. Jest luty, opalam się, na trasę Tomby spoglądam z góry. Nasi super szaleją, a ja z moim kolegą spokojnie i bezpiecznie zjeżdżamy do Bellamonte. Do Falcade wracamy na nartach i jest dość ciężko.

Wtorek, budzenie o godzinie 6 rano. Barbarzyńska pora, a już myślałam, że jestem na wczasach. Jedziemy do Cortina D'Ampezzo na Tofane. I znów 140 km tras, nowoczesne wyciągi, gładkie trasy, ale na szczęście są i schroniska, gdzie można skosztować świetnego Brule. Ściganci szusują po czarnych, a ja z kolegą zjeżdżamy do centrum. Mnóstwo ludzi, kobiety chodzą w norkach, ceny jak z księżyca. Nic tu po nas, z rozrzewnieniem myślimy o Falcade, gdzie ceny są w sam raz na naszą narciarską kieszeń.

W środę jedziemy do Malga Ciapela. Piękne słońce, błękit nieba, tylko góra jakoś bardzo wysoka, a wagonik kursuje w pionie. To Marmolada królowa gór. Krótkie zebranie, dzielimy się na tych, co mają ambicje i na tych, którzy z umiarem dozują adrenalinę. Ja z kolegą - w drugiej grupie. Nikt mnie nie zmusi do wjechania na 3342 m i to kolejką w pionie.
Jadę na Sella Ronda. Wpinam się w wyciąg i podciągam na Passo Padon. Zjeżdżam do Arabba, słynnej miejscowości, gdzie jest więcej wyciągów niż górali. Mam do przejechania na nartach 65 km w jeden dzień. Jestem na największej karuzeli narciarskiej w Europie. Muszę pokonać cztery wspaniałe przełęcze Passo Pordoi, Passo Sella, Passo Gardena i Passo Campolongo. Różnica wysokości 2064 m. Z podziwem spoglądam na snowbordzistów, ale jakoś im nie zazdroszczę. Kolega mówi mi, że będziemy trzymać się razem, bo na tym polega górska przyjaźń. Nie chcą nas wziąć do grupy super, ale nie mamy pretensji. Zaczynamy od Belvedere i kierujemy się na Passo Sella. W Gardenie ledwo żyjemy. Z wyciągu na wyciąg, nigdzie kolejek, nie ma czasu na odpoczynek, bo trzeba zamknąć koło, a ostatnia kolejka z Arabba na przełęcz Padon odchodzi o godzinie 16.
Na Porta Vescovo zazdroszczę starszej pani, która na plecach instruktora zjeżdża do Malga Ciapela. W ciszy wracamy do Falcade, jesteśmy wszyscy cali, zdrowi i bardziej pokorni. Wieczorem, w sympatycznym hotelu, przy herbatce góralskiej (komponenty z Polski) wymiana wrażeń. Jak to się stało, że przejechałam tyle kilometrów i nie chwyciłam "zająca"? Kolega patrzy na mnie z uznaniem i chwali moje umiejętności narciarskie.

W czwartek jedziemy do Alleghe na Civettę. "Tylko" 80 km tras i 28 nowoczesnych wyciągów. Góra piękna jak marzenie. Słońce, błękit nieba, biel śniegu, a krajobraz - marzenie. Oglądając mapkę widzę, że z Civetty można na nartach przejechać do Malga Ciapela.

Następna "runda" do zrobienia, słynny Szlak Strzelców Alpejskich. Należy przejechać tylko Passo Giau, Passo Falzargo, wjechać na Lagazuoi na 2880 m i potem 12-kilometrową trasą do Malga Ciapela. Ja jednak wolę rozkoszować się trasami Civetty, posiedzieć na słońcu i nie pchać się na czarne trasy. Późnym popołudniem kawa nad jeziorkiem w Alleghe i wracamy do Falcade. Rezultat dzisiejszego dnia to jedna złamana noga. Reszta towarzystwa cała i zdrowa.

W ostatni dzień pobytu zawody. Slalom gigant w Falcade na trasie zjazdowej z Laresei do Le Buse. Pomagam przy tyczkach, świeci słoneczko, ambicje ogromne, atmosfera gorąca. Stosunki towarzyskie na razie nieistotne, ważne tylko zwycięstwo. Wieczorem rozdanie nagród i dyplomów. Ale największą satysfakcją było przejechanie około 400 km na nartach bez połamania kończyn. Ski Safari nie jest trudne, ale wymaga dużej dyscypliny. Uczy pokory i szacunku dla gór. Nie było wiele czasu na rozrywki, chociaż w Falcade byliśmy na tańcach. Wszędzie witano nas miło i pomagano nam.

Policja górska reaguje natychmiast na jakiekolwiek zamieszanie na trasie. Czuliśmy się bezpiecznie. I ta pogoda. Wszystkie trasy świetnie przygotowane, w razie potrzeby dośnieżane, za ski busy nie płaciliśmy, spotkaliśmy wielu narciarzy z całego świata. Dla mnie i mojego kolegi największą nagrodą jest nasze samozadowolenie. Nie poddaliśmy się i przejechaliśmy wszystko, może nie reprezentowaliśmy wyszukanego i eleganckiego stylu, często ratowaliśmy się pługiem, na czarne trasy patrzyliśmy z podziwem, ale pokochaliśmy Dolomity.

dolomity Narty w Dolomitach :)
dolomity Narty w Dolomitach :)
dolomity Narty w Dolomitach :)

    Soelden w marcu - recenzja… Marileva, Passo Tonale i…