# x
Skip to main content

Saalbach 2004 - recenzja ośrodka.

Autor: Marek Gregorowicz | |   Polskie ośrodki

Recenzja kilu ośrodków ziemi Salzburskiej: Saalbach, Zell am Zee i Kaprun,

Po marcowym szusowaniu na stokach lodowca Stubai, chciałbym podzielić się wrażeniami z drugiego mojego wyjazdu w Alpy austriackie. Tym razem wspólnie z grupą znajomych zdecydowaliśmy się na wyjazd na początku stycznia. Do wyboru było kilka propozycji, ostatecznie zdecydowaliśmy się na ośrodek Saalbach-Hinterglemm-Leogang (200 km tras narciarskich położonych na wysokości od 1000 do 2100m). Jednym z argumentów przemawiających za wyborem tej lokalizacji był fakt iż jest to ośrodek, w którym w 1991 roku rozgrywane były mistrzostwa świata w narciarstwie alpejskim. Na termin wyjazdu wybraliśmy pierwszy tydzień stycznia od 02.01 do 10.01. Nasza grupa liczyła 12 osób: Kasia i Marek, Anka i Michał, Jola i Andrzej, Marta, Aśka, Mateusz, Tomek, Sasza i Karpiu.

Podróż i zakwaterowanie
Cała ekipa rozlokowana była w 4 samochodach, a naszą podróż niepewni warunków na drogach podzieliliśmy na 2 części (łączenie do przejechania było 1100 km). Wyruszyliśmy z Warszawy w piątek 2 stycznia o godz. 11:30 i po pokonaniu 600 km dotarliśmy ok. godz. 20 do Mikulova (polecam tankowanie na stacji Shell obok Mc Donalda ok. 20 km przed Cieszynem, bezołowiowa kosztowała 3,19 zł za litr). Noclegi znalazłem na miesiąc przed wyjazdem w hotelu Reva za pośrednictwem strony www.mikulov.cz (2 osobowy pokój kosztował ze śniadaniem 900 koron - ok. 135 zł, natomiast 4 osobowy 1400).
Polecam wypad na kolację do hotelu Rohaty Krokodyl (3 minutki piechotą od naszych noclegów) gdzie za 150 koron czeskich można zjeść przyzwoitą kolację z piwkiem. Po skonsumowaniu następnego ranka śniadania w naszym hoteliku, zatankowaliśmy nasze samochody (ok. 25 koron za litr bezołowiowej), odwiedziliśmy strefę bezcłową i ok. 10:30 wyruszyliśmy w dalszą podróż. Naszym celem była miejscowość Maishofen położona u wylotu doliny Glemm (ok. 15 km od Saalbach, 5 km od Zell am See), w której mieliśmy wynajęty za pośrednictwem biura TUI dom dla naszej dwunastki. Aby dotrzeć do Maishofen lub Saalbach należy w Wiedniu wybrać autostradę na Linz, następnie kierować się znakami na Salzurg i dalej na Monachium. Po kilku kilometrach należy zjechać z autostrady w kierunku na Bad Reichenhall i dalej kierować się na Lofer oraz Saalfelden. My niestety wybraliśmy drogę dłuższą przez Bischofschofen i Zell am See (nie warto nadkładać drogi gdyż podróż przez Lofer jest krótsza o 30 km). Dotarliśmy na miejsce o 17:30, odebraliśmy w miejscowym biurze informacje gdzie są klucze do naszego domu i o godz. 18 mogliśmy wypakowywać już sprzęt.
Dom był całkiem przyzwoity, 3 poziomowy, posiadał 4 łazienki i tyle samo aneksów kuchennych oraz salonik, w którym każdego wieczora popijaliśmy grzane winko :).

Narty
Następnego ranka o 9:30 zapakowaliśmy sprzęt do samochodów (niestety większości osobników z naszej grupy nie chciało się wstawać wcześniej) i postanowiliśmy zakupić w miejscowym oddziale informacji turystycznej karnety narciarskie.
Mieliśmy dwie możliwości: zakupić za 164 euro 6 dniowy skipass na tereny Saalbach lub dołożyć 8 euro i kupić Salzburg Super Ski Card obejmującą wiekszość ośrodków w Kraju Salzburskim oraz Kitzbuhel (szczegółowy wykaz ośrodków oraz ceny dostępne na stronie www.salzburgsuperskicard.com ). Zdecydowaliśmy się na drugą opcję aby mieć możliwość szusowania również na lodowcu Kitzsteinhorn w Kaprun oraz w Zell am See.

Po załatwieniu karnetów udaliśmy się do ostatniego wyciągu w dolinie położonego za Hinterglemm (ten region postanowiliśmy spenetrować pierwszego dnia gdyż dominowały tu niebieskie trasy). Z parkingu do dwuosobowego wyciągu krzesełkowego Hochalm Sesselift było ok. 30 metrów. Odczekaliśmy 40 sekund w kolejce i wjechaliśmy na górę. Stąd mieliśmy tylko jedną możliwość zjazdu (na dół do parkingu) więc postanowiliśmy wjechać jeszcze wyżej sześcioosobową kanapą Spieleck, która docierała na ok. 1900m. W tym miejscu spotkała niektórych niespodzianka. Niebieska trasa nr. 22 w większości ośrodków mogłaby być trasą czerwoną i absolutnie nie nadaje się dla początkujących. Trasa była tak nachylona że nie było widać co się dzieje po 50 metrach... Najbardziej było mi szkoda Mateusza, który zaliczał upadek co 10 metrów i nie wyglądał na szczęśliwego...Dla osób, które jeżdżą dosyć dobrze trasa 22 jest idealna. Na początku stroma ścianka, póĽniej kilka zakrętów i na koniec ponownie ścianka. Jest bardzo urozmaicona i moim zdaniem odpowiada trudnością czerwonym trasom na Stubaiu. Po zjechaniu na dół wjechaliśmy kolejną sześcioosobową kanapą, tym razem na szczyt Reichkendlkopf. Do zjazdu wybraliśmy kombinacje niebieskich tras 25, 27 i 28. Generalnie poza kilkoma miejscami trasy mi się nie podobały (aczkolwiek dużo łatwiejsze od trasy 22), było na nich dużo luĽnego śniegu i nie pasowały do mojego stylu (wolę trasy twarde, na których można osiągać duże prędkości, wycinając jednocześnie szerokie skręty). Aby zbadać kolejne traski ponownie wjechaliśmy tym samym wyciągiem, zjechaliśmy do orczyka nr. 49 i zjechaliśmy niebieskimi trasami nr 32 i 32a. Trasy miały łącznie 4 km długości i prowadziły do dolnej stacji kolejki gondolkowej Reiterkogel w Hinterglemm. Były bardzo urozmaicone, dobrze przygotowane, a szerokie ścianki przeplatały się z węższymi przecinkami. Generalnie, bardzo ciekawa, długa trasa oferująca piękne widoki i znakomite możliwości szusowania. Polecam każdemu kto ma przynajmniej kilkudniowe doświadczenie narciarskie (osoby początkujące będą się na niej raczej męczyć). Po zjechaniu do Hinterglemm wjechaliśmy gondolkami a następnie 4 osobowymi krzesełkami na szczyt Hasenauer, skąd trasą nr. 28 zjechaliśmy w rejon Hochalm na przerwę obiadowo-relaksacyjną. Po przerwie zdecydowaliśmy się na jazdę na stokach Zwolferkogel po drugiej stronie doliny. Aby dostać się w to miejsce musieliśmy zjechać trasą nr 22 do gondolek Zwolfer-Nordbahn. Początkowo trasa dosyć płaska o łagodnym nachyleniu, natomiast ostatnia ścianka bardzo stroma (na szczęście szeroka więc każdy znajdzie trochę miejsca dla siebie). Gondolki niestety oferują tylko stojące miejsca (bardzo nas to rozczarowało bo spodziewałem się wygodnych siedzeń). Po dotarciu na szczyt mamy kilka możliwości. Możemy zjechać do Saalbach (niebieskimi, czerwonymi lub częściowo czarną trasą) albo do świeżo otwartej 6 osobowej kanapy Zehner. Wybraliśmy tę drugą opcję i muszę przyznać że czerwona trasa nr. 17 to jest to, co lubię najbardzie:). Na początku nic szczególnego ale od połowy jest rewelacyjna !!! Stroma, ale za to szeroka i równiutka (najlepiej przygotowana trasa o godz. 15 jaką jeĽdziłem), pozwalająca na jazdę na całej szerokości przy pełnych prędkościach. Dla mnie rewelacja i gdyby nie zbliżające się ciemności i podający śnieg mógłbym jeĽdzić na niej jeszcze kilka godzin. Dodatkowym plusem było to, że nie było na niej praktycznie nikogo poza nami i kilkoma innymi narciarzami. Trasa ta ma tylko jeden minus, mianowicie nie nadaje się dla początkujących. Z drugiej strony dla wprawnych narciarzy jest to duży plus bo nie jest tak bardzo zryta jak niebieskie trasy. Niestety zapuścił się na nią Mateusz i musiał ostatni odcinek pokonać zjeżdżając na tyłku, trzymając w ręku narty...Jeszcze raz polecam ją wszystkim, którzy lubią duże prędkości i samotność na stoku. Zbliżające się ciemności wymusiły na nas zjazd do parkingu. Postanowiliśmy zjechać do Hinterglemm i wrócić na nasz parking skibusem. W tym celu wybraliśmy najpierw niebieską trasę nr. 11, a następnie czerwoną 12, na której rozgrywane były konkurencje podczas mistrzostw świata. Trzeba przyznać, że czerwona 12 rzeczywiście zasługuje na swój kolor (dobrze że część naszej grupy zdecydowała się na zjazd gondolką :). Jest miejscami bardzo stroma, aczkolwiek z drugiej strony bardzo bezpieczna ze względu na swoją szerokość. Była bardzo twarda, a takie trasy lubię najbardzie:). Słabszym narciarzom polecam raczej zjazd na dół niebieską trasą 11a, nie będą musieli się denerwować :). W skali 5 stopniowej oceniam tę trasę na 5, po prostu marzenie każdego dobrze jeżdżącego narciarza !!! Jeśli ktoś będzie w Hinterglemm nie powinien jej ominąć. Po zjechaniu na parking i odczekaniu 20 minut na przystanku, dotarliśmy skibusem do naszych samochodów, którymi wróciliśmy do Maishofen...

Drugiego dnia z powodu nisko leżących chmur nad Saalbach postanowiliśmy pojeĽdzić w Zell am See...i był to kiepski pomysł. Poza Mateuszem, który z zapałem ćwiczył skręty na oślich łączkach wszyscy byli zdegustowani najbardziej znanym w Polsce alpejskim ośrodkiem zimowym. Ale po kolei...Naszą bazą wypadową była dolna stacja kolejki kabinowej na Schmittenhohe. Po nocnych opadach śniegu Andrzej musiał założyć łańcuchy na 18 % podjeĽdzie żeby dojechać do parkingu, nam cudem udało się bez nich obyć (brawa dla Michała - naszego kierowcy). Po zapięciu w sprzęt zdecydowaliśmy się zjechać trasą nr 16 (latem jest to zwykły szlak spacerowy, niczym nasza droga pod reglami) do najnowszej w całym kompleksie gondolkowej kolejki Zeller Bergbahn. Na szczęście nie musieliśmy podchodzić gdyż stacja gondolek była niżej położona niż nasz parking. I tu spotkała nas pierwsza niespodzianka, musieliśmy odczekać około 3 minut w kolejce...Niby niewiele ale w Saalbach w kolejkach było nie więcej niż 20-30 osób. Po wjechaniu gondolkami ukazał nam się widok żywcem przeniesiony z Polany Szymoszkowe:). Czteroosobowa kanapa, a w kolejce do niej tłocząca się banda narciarzy (głównie z naszego kraju i zza wschodniej granicy). Czegoś takiego w Alpach jeszcze nie widziałem (póĽniej zresztą już też nie). Rozdzieliliśmy się z resztą naszej grupy i jeĽdziliśmy tylko we dwójkę (Kasia i ja). Padający coraz mocniej śnieg spowodował że zaliczyliśmy tylko czerwoną trasę nr. 2 oraz trzy czarne trasy (11,13 i 15) i zaszyliśmy się w knajpie. Moje wrażenia z tego ośrodka są zdecydowanie negatywne. Poza czarną 13, która jest bardzo ciekawa, ma mnóstwo zakrętów i kilka fajnych ścianek, pozostałe trasy nie podobały mi się, było na nich mnóstwo luĽnego śniegu, tabuny narciarzy i przebijający się przez śnieg w niektórych stromych miejscach piach i kamienie. Być może w innym okresie ośrodek ten oferuje lepsze przygotowanie stoków ale tamtego dnia to była tragedia !!! Lepsze warunki były w Białce Tatrzańskie:)... W tym miejscu kończę komentarz dotyczący tego ośrodka żeby nikomu z czytających moją relację nie przyszło do głowy żeby kiedykolwiek tam pojechać mając obok ośrodki narciarskie o nieporównywalnie lepszych warunkach...

Trzeci dzień postanowiliśmy ponownie spędzić w Saalbach. Pogoda uległa znacznej poprawie, a chmury zaczynały się na wysokości ok. 2500m. Tym razem zaparkowaliśmy samochody na pierwszym parkingu w dolinie w rejonie Jausern. Brak kolejek na bramkach nie zrekompensował stojących miejsc w gondolce Schonleitenbahn. Po wjechaniu na szczyt Wildenkarkogel i zrobieniu kilku fotek zjechaliśmy niebieską trasą nr. 62 do 4 osobowej kanapy Polten. Po zjechaniu typową dla początkujących niebieską trasą nr.63 ponownie wjechalismy 4 osobowym krzesłem z postanowieniem zbadania terenów w rejonie Leogang. Aby dostać się do nich należy zjechać czerwonymi trasami 81 i 82. Przyznam że nie spodziewałem się tak kiepskiego stanu tych stoków. Bardzo nierówne i rozjeżdżone a była dopiero godz. 11. Nie polecam nikomu poza miłośnikami muld. Niestety była to jedyna możliwość dotarcia do Leogang z tego miejsca i wyboru nie mieliśmy. Po wjechaniu 6 osobowa kanapą Asitzmuldenbahn (już sama nazwa sugeruje co czeka miłośników tych stoków) zjechaliśmy niebieską 87,a potem czerwoną 88 do Stockalm (świetna trasa, dosyć szeroka z kilkoma niegroĽnymi ściankami). W tym miejscu większość narciarzy wybiera zjazd czerwoną trasą nr. 89 do Leogang, my skręciliśmy na niebieską 90 i był to strzał w dziesiątkę. ZNAKOMICIE przygotowany odcinek wzdłuż orczyka pokonaliśmy dwa razy. Minimalna liczba narciarzy plus możliwość rozwinięcia naprawdę dużych prędkości przy głębokich skrętach to prezent, jaki oferuje ta trasa dla tych, którzy się na nią zapuszczą. Jedyny minus to orczyk, którym trzeba się wciągać żeby na niej pojeĽdzić (być może on odstrasza większość narciarzy). Po zjechaniu do Leogang niebieską 90 wciągnęliśmy się na górę bardzo wygodnymi gondolkami Asitz i podjeliśmy decyzję o powrocie na szczyt Wildenkarkogel, na którym mieliśmy zaplanowaną przerwę obiadową. Aby tego dokonać pokonaliśmy dokładnie tę samą drogę co rano tyle, że w odwrotnym kierunku (było o tyle ciekawie iż nie zjeżdżaliśmy dwa razy tą samą trasą). Generalnie czerwone trasy wzdłuż krzesełek w regionie Gross Asitz nie przypadły mi do gustu ze względu na spora liczbę narciarzy i słabe przygotowanie. Dużo lepsze wrażenie pozostawiły na mnie trasy pomiędzy Kleine Asitz i Leogang. Po półgodzinnej przerwie zdecydowaliśmy się pojeĽdzić w rejonie trasy z mistrzostw świata prowadzącej do Saalbach. Aby do niej dotrzeć musieliśmy pokonać kilka kilometrów niebieskimi trasami 65 i 66. Nie są to może szerokie nartostrady ale ich malownicze położenie (większość trasy biegnie lasami) i urozmaicenie powoduje, że nie nużą nawet przez chwilę. Zjazd WM-Strecke nr. 53 rozpoczelismy od stacji pośredniej gondolek Kohlmaisgipfelbahn. Trasa jest bardzo ciekawa lecz niestety dosyć często wybierana przez narciarzy i jej stan nie był najlepszy o 15:00. Jest ona dosyć intensywnie sztucznie naśnieżana, co powoduje, ze leżało na niej sporo luĽnego śniegu. Zdecydowanie lepsze wrażenie zrobiła na mnie WM-Strecke z Hinterglemm. Po zjechaniu na dół wjechaliśmy gondolkami na szczyt Kohlaiskopf, gdzie zlokalizowany był start do biegu zjazdowego kobiet w 1991 r i zjechaliśmy czerwoną 53 do stacji pośredniej, a następnie niebieską 51 do dolnej stacji 3 osobowych krzesełek nr 8. Ta niebieska traska jest świetna. Oprócz początkowego odcinka bardzo szeroka, a do tego nie jest sztucznie naśnieżana, dzięki czemu śnieg był twardy i bardzo szybki. Kolejnym jej plusem jest to iż rzadko wybierana jest przez narciarzy, którzy preferują jednak zjazd do dolnej stacji gondolek czerwoną WM-Strecke. Jest bardzo dobra dla początkujących, a dzięki temu, że obok jest stacja gondolek, nigdy nie było więcej niż 10 osób w kolejce do krzeseł. Ze względu iż robiło się już powoli ciemno, a trasa bardzo nam się spodobała postanowiliśmy zjechać ją jeszcze raz i wracać na nasz parking. Aby dotrzeć do naszych samochodów zaparkowanych w Jausern musieliśmy skorzystać ze skibusa, którego przystanek zlokalizowany był w centrum Saalbach ok. 10 minut pieszo od dolnej stacji gondolek (na szczęście droga prowadziła w dół ). Po 25 minutach byliśmy już na naszym parkingu i pakowaliśmy sprzęt do samochodów.

Czwartego dnia z powodu padającego rano śniegu dotarliśmy na stok dopiero na 11:30. Postanowiliśmy zacząć tam gdzie skończyliśmy poprzedniego dnia czyli w Saalbach. Tym razem zaparkowaliśmy na bezpłatnym podziemnym parkingu, oddalonym o 3 minuty spacerem od kolejki na Kohlmaiskopf. Okazało się, ze nasze póĽne przybycie na stok było strzałem w dziesiątkę bo już podczas jazdy gondolką wyszło słońce !!! Myślałem, że już nie zaświeci na tym wyjeĽdzie a tu taka niespodzianka :). Przez pierwsze 1,5 godziny jeĽdziliśmy rozpoznanymi już trasami 53 i 51 po czym postanowiliśmy przedostać się do wyciągu Bernkogel i zbadać niebieską trasę nr.46. Aby to zrobić można zjechać niebieską trasą nr. 52 (bardzo ciekawa trasa z kilkoma zakrętami), a następnie trzeba odpiąć narty i przejść ok. 200 m do dolnej stacji 3 osobowych krzeseł. Już podczas jazdy wyciągiem wiedziałem, że będzie to trasa dla mnie !!! Bardzo szeroka (szczególnie w środkowej części gdzie ma ponad 100m), a do tego dosyć urozmaicona, gdzie miejsca o większym nachyleniu przeplatają się z łagodnymi odcinkami. Jest to trasa świetna dla każdego narciarza. Na początku jest dosyć płaska, potem mamy do pokonania stromą ściankę, po której ponownie jest wypłaszczenie. Za wypłaszczeniem trasa robi się bardzo szeroka o równym, średnim (miejscami łagodnym) nachyleniu. I właśnie tutaj można potrenować jazdę na maksymalnej prędkości, ostre skręty slalomowe czy szerokie carvingowe. Każdy znajdzie miejsce dla siebie. Do tego trasa jest zawsze świetnie przygotowana i nawet pod koniec dnia jest na niej niewiele luĽnego śniegu. Zaliczyliśmy tę trasę dwa razy i pojechaliśmy na przerwę obiadową do knajpy położonej na Panoramaalm (ponownie musieliśmy odpiąć narty i przejść przez podziemny parking do gondolek). Po przerwie zjechaliśmy całą grupą do 3 osobowej kanapy Bernkogel i ponownie zaliczyliśmy dwukrotnie niebieską trasę 46 (z tym, że raz całą trasę, mającą swój początek na szczycie Bernkogel). Generalnie nie polecam tego rozwiązania gdyż na Bernkogel można dostać się jedynie orczykiem, którym jedzie się baaardzo długo. Jeśli jednak już ktoś się zdecyduje to metoda zjazdu jest jedna - krecha !!! Wiąże się to z faktem iż jeśli wybierzemy inną formę zjazdu będziemy musieli pokonać pewien płaski odcinek trasy odpychając się kijkami (wjeżdżając orczykiem będziemy przejeżdżali obok tego płaskiego odcinka więc każdy może podpatrzeć techniki zjazdu tą trasą). Punktualnie o 16 obsługa zamknęła kanapy i był to koniec naszego szusowania tego dnia.

Przedostatni dzień postanowiliśmy spędzić na Kitzsteinhornie. Pogoda tego dnia była fenomenalna, niebieskie niebo i świecące słońce !!! Niestety opieszałość naszych przyjaciół spowodowała, że na parkingu pod kolejką Gletscherjet byliśmy dopiero po 10... Mimo tego staliśmy w kolejce do gondolek tylko 10 minut co jak na Kitzsteinhorn jest chyba niezłym wynikiem. Jest jeszcze druga możliwość wjazdu - kolejka Panoramabahn. Minusem tego rozwiązania jest fakt iż górna stacja kolejki jest na wysokości 1976 m i aby dostać się do Alpincenter-2452 m (centrum gastronomiczne i punkt wyjścia na większość tras na lodowcu) trzeba przesiąść się na wyciąg krzesełkowy. Kiedy już dostaliśmy się do Alpincenter postanowiliśmy wjechać na 3029 m, do najwyżej położonego punktu na lodowcu i stamtąd rozpocząć jazdę na nartach. Niestety kolejka linowa Gipfelbahn ma tylko dwa wagony zabierające po 60 osób i pomysł ten kosztował nas kolejne 20 minut oczekiwania w kolejce. Niestety to nie koniec bo żeby "wystartować" trzeba zjechać kolejką szynową kolejne kilkaset metrów (mimo tego myślę, że warto odbyć taką podróż chociażby dla widoków, które rozpościerały się z kolejki linowej). Podsumowując, od przyjazdu na parking pod lodowcem do zapięcia nart na Gletscherplateu (2900m) minęła ponad godzina...Nie będę opisywał wszystkich tras, które zjeĽdziliśmy gdyż jest już jedna recenzja na stronie narty.pl dotycząca tego lodowca., ograniczę się jedynie do kilku spostrzeżeń. Na początek kilka plusów. Było dużo mniej narciarzy niż się spodziewałem po informacjach na temat Kitzsteinhornu jakie można znaleĽć w sieci. Nie licząc wjazdu na lodowiec nigdy nie czekaliśmy dłużej niż 3 minuty w kolejce. Trasy były bardzo dobrze przygotowane, mimo iż jeĽdziliśmy praktycznie od południa (jedynie trasa czerwona nr. 11, którą pod koniec dnia wszyscy zjeżdżają do gondolek była w tragicznym stanie). Zdecydowanie najlepszą trasą w mojej ocenie jest niebieska trasa nr.4, a w zasadzie jej wariant położony z prawej strony stoku (patrząc z dołu). W południe szusowało na niej może 15 osób, pod koniec dnia maksymalnie do 30 ale i tak była w bardzo dobrym stanie. Również czerwona trasa nr. 5 (wariant z lewej strony orczyka) zasługuje na wyróżnienie. Największym mankamentem lodowca są oczywiście wyciągi orczykowe i niestety dosyć monotonne trasy. W porównaniu do lodowca Stubai, na którym można jeĽdzić przez 6 dni nie odczuwając nudy, tutaj po dwóch, może trzech dniach jazdy większość narciarzy będzie czuła niedosyt. Mniejsza jest również liczba knajp i miejsc, w których można usiąść i odpocząć. Reasumując, na pewno warto odwiedzić Kitzsteinhorn ale polecałbym go jedynie jako uzupełnienie wyjazdu narciarskiego w połączeniu z innymi ośrodkami leżącymi w pobliżu (Saalbach lub dolina Gastein).

Ostatni dzień postanowiliśmy spędzić na sprawdzonych już trasach. Ze względu na wygodny parking, brak kolejek do krzeseł oraz świetną trasę wybraliśmy rejon Bernkogel w Saalbach. Praktycznie cały dzień spędziliśmy na jednej trasie i była to niebieska 46 (zjechaliśmy nią 12 razy). Jedynie dwa razy Kasia i ja zaliczyliśmy czerwoną trasę nr. 47 (jest bardzo krótka, ma zaledwie 400m), na której oprócz nas spotkaliśmy jeszcze tylko dwójkę narciarzy. W tym miejscu wielkie słowa uznania należą się Mateuszowi, który po początkowych niepowodzeniach, po kilku dniach spędzonych na stoku prezentował się bardzo dobrze szybkościowo, a w porównaniu do pierwszego dnia nawet technicznie :).

Niestety to co dobre, szybko się kończy i po 6 dniach na nartach musieliśmy wracać do domu. Pomimo tragicznych warunków na drogach zdecydowaliśmy się pokonać całą trasę jednego dnia, a zajęło nam to 16 godzin...

Podsumowując, cyrk narciarski Saalbach-Hinterglemm-Leogang jest świetną propozycją dla każdego narciarza. Mnóstwo tras, świetna infrastruktura i małe kolejki do wyciągów to jego największe plusy. Do minusów można zaliczyć dosyć niskie położenie ośrodka (jak na Austrię oczywiście). Jedyne czego zabrakło w czasie naszego wypadu, to pogody i dlatego w przyszłym roku jedziemy w Alpy w marcu.

Dodaj komentarz