# x
Skip to main content

Niewidomi i niedowidzący też potrafią jeździć. Specyfika treningu i technika zjazdów.

Autor: |
Maciek Krężel

Mało kto wie, że w Polsce mamy grupę niepełnosprawnych zawodników regularnie startujących w Pucharze Świata, uzyskujących bardzo przyzwoite wyniki. Od krajów alpejskich dzieli nas jeszcze kilka kroków, ale regularnie zajmowane miejsca pod koniec pierwszej dziesiątki, to osiągnięcie godne uznania. Podobne rezultaty Polaków w „zdrowym” Pucharze Świata ciągle pozostają w sferze marzeń.
Poza kadrą regularnie już startującą w Pucharze Świata i obecną na Igrzyskach w Turynie, w Polsce pojawiają się coraz nowe talenty i nadzieje na przyszłe sukcesy. Jedną z nich jest niewątpliwie Maciek Krężel  mistrz Polski i międzynarodowy wicemistrz Polski w slalomie i gigancie. Maciek pochodzi położonego niedaleko Sosnowca miasta Czeladź, narciarstwo trenuje w klubie Start Katowice. Startuje w grupie niewidomych i niedowidzących, gdzie nie ma kategorii wiekowych, co oznacza, że obecnie Maciek w obu dyscyplinach jest najlepszy w Kraju.
Udało mi się porozmawiać z ojcem i trenerem Maćka – Jarkiem na temat narciarstwa niepełnosprawnych, problemów z tym związanych oraz kariery syna.

Co mógłbyś powiedzieć na temat ograniczeń, jakie stawia przez zawodnikami ich niepełnosprawność?

Największe ograniczenia stanowią bariery niezauważalne dla ludzi w pełni zdrowych. Wyobraź sobie zawody, czy treningi zwłaszcza na polskich stokach, w ośrodkach naprawdę mało przyjaznych niepełnosprawnym. Pominę już problemy związane z wyjazdem wyciągiem przez osoby sparaliżowane poruszające się na codzień na wózku. Problem pojawia się już w momencie podchodzenia, przechodzenia przez bramki. Każdy, najmniejszy odcinek, który trzeba pokonać pod górę to nie lada wyzwanie.

Jaka jest specyfika treningu Maćka jako reprezentanta grupy niewidomych i niedowidzących?

To bardzo specyficzna grupa. Ludzie całkowicie sprawni ruchowo, z uszkodzonym nerwem wzroku. Teoretycznie przy odpowiedniej nawigacji powinni osiągać wyniki podobne do tych osiąganych przez sprawnych zawodników.

Cały przejazd odbywa się za przewodnikiem. Każdy zawodnik ma swojego indywidualnego przewodnika towarzyszącego mu zarówno podczas zawodów jak i na treningach. Z uwagi na to, że Maciek jest jedynym reprezentantem tej grupy w klubie Start Katowice, ja jako trener jestem jego przewodnikiem.

Moja rola sprowadza się nie tylko do pokazywania zawodnikowi trasy, który skupia wzrok na jaskrawej kamizelce w którą jestem ubrany, ale zwłaszcza do tego aby nie być dla niego hamulcowym.

O co chodzi? Już tłumaczę. Przewodnik nie może jechać przed zawodnikiem w odległości większej niż odległość pomiędzy bramkami. W slalomie, z racji gęściej stojących bramek musi być bliżej, w gigancie, gdzie odległości są większe, dalej. Dodatkowym utrudnieniem jest to, ze przewodnik nie może wchodzić w tyczki. O ile w gigancie jest to w jakiś sposób do zaakceptowania, o tyle w slalomie...sam rozumiesz.

Teraz trzeba się tak uwinąć żeby nie zostać dogonionym przez podopiecznego, co z czasem staje się naprawdę trudne. Przyszłość może wiązać się wynajęciem nieco młodszego przewodnika profesjonalisty.

O ile w przypadku niedowidzących rola przewodnika nie jest kluczowa, gdyż zawodnicy z mniejszą wadą wzroku są w stanie przejechać trasę samodzielnie to w przypadku ludzi niewidzących jest nie do przecenienia. Przewodnik i zawodnik muszą tworzyć jedność. Podopieczny reaguje na sygnały dźwiękowe przewodnika. Całość opiera się na niesamowitej umiejętności odbioru stereofonicznego dźwięku.

W wypracowanych w szeregu treningów punktach trasy przewodnik wydaje dźwięki obracając głowę. „Hop” z głową obróconą w prawą stronę i „Hop” z głową w lewo. Zawodnik jadąc celuje w przestrzeń pomiędzy dźwiękami. Wyobraź sobie jakie trzeba mieć wyczucie. Tym bardziej, że trasa przejazdu to nie tylko omijanie tyczek, są jeszcze załamania terenu.

Maciek jako niedowidzący nie jest w stanie zobaczyć muld, hopek, czy innych nierówności. Całą trasę widzi równą jak stół. Jeżeli ktoś doświadczył alpejskiego efektu, kiedy jest delikatna mgiełka i operuje słońce i nic nie widać pod nogami to na pewno rozumie na czym polega ten problem. Normalny, sprawny, znakomicie nawet jeżdżący człowiek nie jest w stanie jechać w takich warunkach nie mówiąc już o ściganiu się.

Całkowicie odrębną sprawą jest wysilenie treningowe. Zawodnicy z niedowładem kończyn, mogą trenować równie ciężko, co zdrowi ludzie. Mają swoje programy wysiłkowe i treningi na wytrzymałość. Wszystko może się odbywać praktycznie do upadłego.

Z Maćkiem niestety sprawa jest bardziej skomplikowana. Chłopak cierpi na jaskrę. Na jedno oko nie widzi na drugie bardzo słabo. Najtrudniejsze jest to, że przy jaskrze należy wystrzegać się podwyższonego ciśnienia. Nadmierne ciśnienie grozi całkowitą utratą wzroku. I to jest problem. Jak przeprowadzić trening wysiłkowy nie wywołując podniesienia ciśnienia? Cały program treningowy musi być bardzo dokładnie obliczony pod względem obciążeń. Na szczęście

Maciek jest piekielnie wytrzymały i bez kłopotu znosi mocniejsze treningi. Warto także nadmienić, że chłopak trenuje również pływanie z dobrymi wynikami. Na pewno na chwilę obecną nie ma żadnych kłopotów z kondycją. Trzeba zaznaczyć, że w treningach nie ma dla nikogo żadnej taryfy ulgowej. Zawodnicy trenują między innymi na Bieńkuli w Szczyrku. Ciężko znaleźć w Polsce bardziej stromy stok.

No i kolejna sprawa nie do pominięcia – koszty. W przypadku zawodnika jeżdżącego w grupie niewidomych i niedowidzących praktycznie wszystkie koszty trzeba mnożyć razy dwa. Wyposażony musi być nie tylko zawodnik ale również przewodnik. W naszym przypadku koniecznością jest pełne zabezpieczenie Maćka: ochraniacze, guma rękawice i minimum dwie pary nart – slalomówki i narty do giganta. Ja na razie radzę sobie z jedną parą nart slalomowych, co nie jest łatwe podczas szybkiego giganta.

Treningi odbywają się cztery razy w tygodniu: środa piątek, sobota, niedziela. W większości w Szczyrku lub Wiśle. Każdy trening to ponad 100km jazdy samochodem w jedną stronę. Ostatecznie w weekend można nocować na miejscu, ale to i tak nie powoduje znacznych oszczędności. Trzeba przecież gdzieś spać i czymś się żywić. Klub występuje w tym przypadku praktycznie tylko jako jednostka patronująca zawodnikom. Zapewnia jedynie sprzęt do przygotowania trasy: wiertarki, tyczki oraz pokrywa część kosztów dojazdów. Nawet ja jako trener pracuję społecznie. Wszelkie koszty trzeba ponosić samemu. Jedynym wyjściem są sponsorzy.

Niestety w Polsce niewiele firm chce sponsorować niepełnosprawnych zawodników. Opinia jest taka, że to żadna reklama. Jeszcze może kadra Polski, owszem, ale młody zawodnik bez powołania do kadry to nie jest żaden interes. Osobiście zwracałem się do kilku firm, ale niektóre nie były zainteresowane, niektóre proponowały zużyte narty po zawodnikach, generalnie nie było to zbyt poważne traktowanie.

Dodaj komentarz